Poza matą

Praktyka na macie nie jest łatwa. Samo skupienie uwagi często stanowi większe wyzwanie niż wyginanie ciała w najrozmaitszych, skomplikowanych pozycjach. Umysł często pogrywa z nami w swoje gry. Czasem wydaje się uspakajać, ale potem zaraz  zupełnie nieoczekiwanie odpływa gdzieś tak daleko, że musimy rozpaczliwie za nim gonić, aby przywołać go do porządku. Innym razem wydaje się wręcz namawiać nas do medytacji, ale bardzo szybko okazuje się, że to tylko kolejna gra, bo tak naprawdę nie ma wcale ochoty zatrzymać się w niemyśleniu, ale bawi się jedynie myśleniem o tym, że właśnie ma przestać myśleć.  Kiedy w VI-tym rozdziale Bhagavadgīty Kṛṣṇa zaleca Arjunie medytację, ten użala się, że jego umysł jest niestały, wiecznie wzburzony, uparty  i tak trudny do kontrolowania, jak wiatr. Dobrze podsumowuje to skalę wyzwania, przed jaką stoimy za każdym razem kiedy rozwijamy matę. A przecież praktyka poza matą bywa znacznie trudniejsza.

Spokój umysłu – nawet jeśli udaje nam się go jakoś wreszcie osiągnąć podczas praktyki – poza matą często natychmiast znika. Wewnętrzna równowaga chwieje się w zetknięciu z wirującą codziennością. Cisza wypełnia się natrętnymi, czasem zupełnie niepotrzebnymi pytaniami. W przyjemne odczucie miękkiej i przyjaznej pustki niepostrzeżenie wślizgują się powiadomienia mediów społecznościowych, informacje o nieprzeczytanych mailach i nieodebranych połączeniach.  Zachowanie w takiej sytuacji wewnętrznego spokoju, poczucia stabilności i dystansu łatwe nie jest. Ale przecież to właśnie stanowi chyba sens praktyki? W końcu nie chodzi o to, żeby wyciszać umysł tylko podczas medytacji, ale o to, żeby ten spokój towarzyszył nam choćby trochę dłużej. Jeśli praktyka miałaby ograniczać się do doświadczeń, które materializują się jedynie na macie, na czym miałaby polegać transformacyjna siła jogi? Jak to napisał Peter Marchand o medytacji w swojej ostatniej książce „Love Your Ego” – „Dopóki nasz spokój i poczucie szczęścia znikają tak szybko, jak tylko otworzymy oczy, zyskaliśmy bardzo niewiele.”

W pewnym sensie podobnie jest z praktyką radości i współodczuwania. Tę pierwszą emocję powinniśmy wzbudzać w sobie kiedy jesteśmy świadkami cudzego szczęścia, mówi nam Patañjali. Tę drugą – gdy mamy do czynienia z czyimś nieszczęściem. Twoje szczęście jest moim szczęściem; twoje nieszczęście jest moim nieszczęściem. Nawet kiedy czytamy takie słowa lub kiedy myślimy o tego rodzaju praktyce, wydaje się to bardzo trudne do wyobrażenia. A co dopiero, kiedy staramy się zalecania te stosować w codziennym życiu, kiedy spotykamy się z różnymi ludźmi, nie zawsze miłymi i nam przyjaznymi? Kiedy widzimy bardzo różne rodzaje radości i szczęścia, cierpienia i smutku. Czy z każdej, cudzej radości potrafimy się cieszyć? Czy każde nieszczęście wzbudza w nas empatię? Kilkugodzinna medytacja „miłującej dobroci”, skierowana w stronę wszystkich ciepiących istot tego świata bywa wyzwaniem, ale jeszcze większą trudność sprawia zaoferowanie pomocy choćby jednej, konkretnej osobie w potrzebie. Bo przecież wówczas cierpienie ma swoją twarz, a empatia swój emocjonalny koszt, bo obcując z konkretnym, namacalnym wręcz nieszczęściem trudniej jest zachować wewnętrzną równowagę i radość.

Nie jest łatwiej także z praktyką zasad etycznych jogi. Według nich nie powinniśmy krzywdzić innych. Ta zasada niekrzywdzenia czy – jak kto woli – ahiṃsā uznawana jest za nadrzędną zasadę jogicznego postępowania oraz za regułę nadrzędną w stosunku do wszystkich innych reguł. Patañjali twierdził, że stanowi ona element naszego wielkiego przyrzeczenia (mahāvrata) i obowiązuje niezależnie od czasu, miejsca i okoliczności, w jakich przyszło nam żyć. Nie jest łatwo zaakceptować taką zasadę nawet w teorii. W końcu mamy świadomość, że w wielu przypadkach realizacja naszych zamierzeń, ambicji i osiąganie satysfakcji może znaleźć się kolizyjnym kursie z dążeniami innym osób. Czasem pokusa pójścia na skróty, niezwracania uwagi na innych jest przecież taka naturalna. Ale nawet jeśli teoretycznie uznajemy, że ahiṃsā powinna być podstawową zasadą naszego postępowania, praktycznie jeszcze trudniej sprostać jej wymaganiom. Tym bardziej, że krzywdzić mogą nie tylko czyny, ale także zaniechania, nieopatrznie wypowiedziane słowa czy nieprzemyślane gesty.

Krzywdę innym mogą powodować na przykład nasze codzienne, na pozór zupełnie niewinne wybory. Nie zawsze przecież z taką samą skrupulatnością sprawdzamy co kupujemy i co jemy, aby być pewnym, że produkty te nie są związane z cierpieniem innych ludzi czy żywych istot. Często nie zwracamy uwagi na to, ile wody zużywamy pod prysznicem po praktyce, ile emisji dwutlenku węgla powodują nasze, wspaniałe w końcu podróże, ile śmieci na co dzień bezmyślnie wytwarzamy. A przecież dewastacja naszego środowiska może oznaczać prędzej czy później krzywdę kogoś innego, być może żyjącego na innym kontynencie w innej strefie czasowej, ale kogoś czującego i cierpiącego tak samo, jak my.  Świat stał się przytłaczającym systemem skomplikowanych powiązań i trzeba wiele codziennej uważności, aby nasze na pozór niewinne działania nie powodowały czyjeś krzywdy. Trzeba uważać na to, co się je, co się nosi, gdzie się wypoczywa, produkty których firm się kupuje. Trzeba oszczędzać wodę, redukować ilość śmieci, kupować lokalne produkty. Ostatnio także trzeba nosić maseczki w miejscach publicznych, dokładnie myć ręce po powrocie do domu, unikać masowych zgromadzeń, stosować się do zasad utrzymywania dystansu podczas spotkań publicznych.  A taka ciągła uważność jest przecież mało spontaniczna i taka nużąca. Zaakceptowanie ahiṃsy jako głównej zasady postępowania jest trudne, ale codzienne życie zgodne z tą zasadą o wiele trudniejsze.

Praktyka jogi jest jednak procesem dwukierunkowym. Kiedy jesteśmy a macie, kierujemy się do wewnątrz. Poszukujemy czegoś, co nie dotyczy innych i nie dotyczy świata zewnętrznego. Jeśli się nam uda, zanurzamy się na chwilę w tej upojnie ulotnej wewnętrzności, w naszej prawdziwej naturze – jak powiedziałby Patañjali – i staramy się to doświadczenie poczuć, zrozumieć i jakoś przetłumaczyć na język relacji ze światem. Bo kiedy schodzimy z maty, praktyka przecież się nie kończy. Nabiera tylko innego, zewnętrznego wymiaru. Teraz to, czego się nauczyliśmy mamy przełożyć na bycie w świecie, rozmowę z upierdliwym sąsiadem, emocje kierowane do bliskich i dalekich nam osób, reakcje na najrozmaitsze pokusy świata zmysłów, długie i trudne dyskusje z naszym rozbuchanym ego, skomplikowane relacje ze wspomnieniami i marzeniami, obłaskawianie pochowanych po kątach leków i wątpliwości. I dopiero ta praktyka, praktyka poza matą, pokazuje, ile udało nam się na naszej jogicznej drodze osiągnąć.

Kiedyś, dawno temu, jednym ze sposobów praktykowania jogi było unikanie społecznych interakcji, życie na obrzeżach społeczeństwa, samotne medytowanie, gdzieś w jaskini u podnóża Himalajów. Czasy się zmieniły. My praktykujemy żyjąc w świecie społecznym, poddani presji codziennych wydarzeń, uwikłani w skomplikowane relacje z wieloma ludźmi, wystawieni na często trudne bardzo emocje. Ale może to właśnie stanowi sens naszej praktyki? Może taka praktyka w interakcji z codziennością, praktyka poza matą, jest właśnie przeznaczeniem współcześnie praktykujących jogę? I kto wie, czy nie jest to praktyka równie wymagająca, jak samotnicze życie u podnóża Himalajów.