Po co ta joga?

po-co

Po co praktykujemy jogę? Jaki jest jej cel? A może nie ma żadnego celu, a praktyka jest po prostu celem samym w sobie? Na te pytania odpowiada się bardzo różnie. Każdy ma pewnie swoją własną, prywatną odpowiedź. Czasem odpowiedzi te zmieniają się wraz z rozwojem naszej praktyki, wiekiem, nastrojem chwili. Na pytanie to próbowano odpowiadać od tysięcy lat. Czasem odpowiedzi te różniły się miedzy sobą dosyć znacząco, niekiedy doskonale się uzupełniały.

U Patañjalego pytanie to ma fundamentalne znaczenie. W końcu autora Yogasūtr fitness raczej nie interesował. Nie było jego celem posiadanie silnego i elastycznego ciała. Nie robił sobie raczej selfie z nogą za głową na tle zachodzącego słońca. Bardziej zajmowały go inne aspekty praktyki – te które dzisiaj nazwalibyśmy pewnie filozoficznymi czy duchowymi. Dla niego joga była wyzwoleniem. Przede wszystkim od tego, co jest zmiennością, materialnością, przyziemnością, przemijaniem, a więc także wyzwoleniem od tego, co z powyższym się wiąże, czyli od cierpienia. „Wszystko jest cierpieniem” (duḥkham eva sarvaṃ) (YS 2.15) – nauczał Patañjali i pewnie poprzez „wszystko” rozumiał to, co my zwykle uważamy za dominującą treść naszego życia – a więc relacje z innymi, pracę, przedmioty, codzienne przyjemności, itd.

Coś się w nas – współczesnych ludziach Zachodu – burzy, kiedy słyszymy tego typu stwierdzenie. W końcu ukształtowała nas kultura, w której dążenie do szczęścia jest jednym z podstawowych założeń naszego istnienia. Często także definiujemy się poprzez to, co materialne i związane z naszym funkcjonowaniem w codziennym świecie – nasz status społeczny, wiedzę, relacje, umiejętności majątek, przeżyte doświadczenia. Wszechobecne reklamy udowadniają nam na każdym kroku, że cel naszego życia polega na kupowaniu, gromadzeniu i posiadaniu. A tu nagle jakiś Patañjali mówi nam, że to wszystko z czym tak bardzo się utożsamiamy jest (albo za chwilę będzie) źródłem naszego cierpienia. Ale czy w tym stwierdzeniu nie tkwi jednak odrobina prawdy? Każdy, kto coś lub kogoś drogiego sercu stracił, przecież doskonale wie, że tak właśnie jest w istocie. Nawet najpiękniejszy początek niesie z sobą zalążek końca, największe uniesienie kiedyś się kończy, chwile szczęścia są rzadkie i bezlitośnie szybko mijają.

„Przyszłego cierpienia można uniknąć” (heyaṃ duḥkham anāgatam) (YS 2.16) – uspakaja Patañjali. Istnieje więc sposób na to, aby wyrwać się z tego zaklętego kręgu pogoni za szczęściem i wpadania w kolejne nieszczęścia. Jest droga wyzwolenia się od wszechobecnego cierpienia. Dla Patañjalego drogą tą była oczywiście joga. Dzięki niej – twierdzi autor Yogasūtr – możemy uniknąć przyszłego cierpienia i wyzwolić się od nieznośnej ulotności naszego świata. Dla niektórych może to brzmieć trochę ezoterycznie, dla innych podejrzanie religijnie, ale pewnie są też tacy, którzy mogą w tym dostrzegać jakąś kruchą nadzieję. Zależy to pewnie od światopoglądu, a więc także od tego, jak odpowiadamy sobie na pytanie „Kim jestem?”. Ciekawe jest jednak to, co dzieje się, kiedy wyzwolenie to już nastąpi, a więc gdy nasza jogiczna droga dobiegnie do celu. Wówczas – mówi nam Patañjali – pozostajemy w swojej naturze (YS 1.3).

To intrygujące stwierdzenie, które niesie z sobą dosyć istotne następstwa. Jeżeli bowiem nasza prawdziwa natura (svarūpa) jest tym, gdzie znajdujemy się na końcu jogicznej drogi, kiedy już wyzwolimy się od wszelkiego cierpienia, oznaczałoby to, że tak naprawdę cierpienie jest z naturą naszą sprzeczne. Wygląda więc na to, że dla Patañjalego jesteśmy podróżnikiem, który z jakiś powodów trochę pobłądził i jest z tego powodu wystawiony na najrozmaitsze doświadczenia, ale także i przykrości, ale kiedy wreszcie znajdzie odpowiednią drogę i zrozumie kim jest naprawdę, jego troski i wysiłki dobiegną końca.

W ostatniej sūtrze swojego traktatu o jodze, na określenie takiego stanu wyzwolenia Patañjali używa słowa svarūpa-pratiṣṭhā (YS 4.34). Najczęściej tłumaczy się je jako „ugruntowanie we własnej naturze”. Ale określnie to jest wieloznaczne. Pratiṣṭhā może znaczyć przebywanie w stanie stabilności, solidną podstawę, fundament, ale także miejsce zamieszkania czy po prostu dom. Droga jogi może więc być także rozumiana jako powrót do miejsca, w którym i tak wcześnie mieszkaliśmy i skąd z jakiś powodów wyruszyliśmy w długą, fascynującą, ale także pełną cierpienia podróż. Jak to powiedział współczesny, niedawno zmarły nauczyciel, Ram Dass, „po prostu wszyscy odprowadzamy się wzajemnie do domu.”

Autor: Marek Łaskawiec