Głową w dół

og:image

Pewnie tak już mamy jako gatunek, że jesteśmy wiecznie nienasyceni. Ciągle za czymś gonimy, czegoś szukamy, do czegoś usilnie dążymy. Kultura, w której żyjemy te naturalne tendencje jeszcze potęguje. Zewsząd kuszą nas rozmaite reklamy, które przekonują, że bez najnowszego modelu telefonu lub samochodu, bez wakacji w pięciogwiazdkowym hotelu, bez tej nowej pary butów, będziemy mniej wartościowi. W pracy pytają nas, gdzie chcemy być za pięć lat. Poradniki w kolorowych magazynach radzą jak zrealizować swój potencjał. Jesteśmy wiecznie nienasyceni. Poczucie ciągłego braku, tego, że przecież może być lepiej, nieustannie siedzi nam w tyle głowy. Może dlatego mamy taki kłopot z jedną z jogicznych niyam, jaką jest santoṣa – czyli zadowolenie.

Nie jest to tylko problem naszej kultury. W historii o wielkim mędrcu i joginie, Viśvamitrze, występuje postać niejakiego Trisanku, wielkiego króla, który cieszył się poważaniem wśród swoim poddanych. Trisanku właściwie niczego nie brakowało. Miał wszystko, co można sobie zamarzyć, władzę, pieniądze, szacunek ludzi, piękne kobiety, wykwintne jedzenie, wyrafinowane rozrywki. Ciągle jednak odczuwał poczucie dojmującego braku. Chciał bowiem trafić żywcem do miejsca, gdzie mieszkają bogowie.

Poszedł zatem Trisanku do Vasiṣṭhy, obdarzonego nadzwyczajnymi mocami, oświeconego mędrca i ascety i jogina. Vasiṣṭha jednak wyśmiał Trisanku, bo przecie wiadomo, że ludzie żywcem do nieba raczej nie chodzą. Trawiony poczuciem niespełnienia, Trisanku nie chciał jednak rezygnować, szukał więc dalej. Kiedy Viśvamitra dowiedział się o tym, że Vasiṣṭha odmówił Trisnaku spełnienia jego prośby, zdecydował się wkroczyć do akcji. O dawna bowiem rywalizował z Vasiṣṭhą i chciał sobie i innym udowodnić, że jest większym i potężniejszym mędrcem. Pewnie także i jego trafiło jakieś poczucie niespełnienia, może także i on pragnął być kimś innym, lepszym, jeszcze bardziej sławnym.

Siłą swych jogicznych mocy wyekspediował więc Viśvamitra Trisanku żywcem do nieba. Nie spodobało się królowi bogów, Indrze, że jakiś zwykły śmiertelnik wchodzi mu z butami w jego niebiańskie komnaty. Odesłał więc Indra Trisanku natychmiast z powrotem. Co więcej, odesłał go tak, jak Trisanku chodził po niebie – nogami do góry. Kiedy Viśvamitra zobaczył Trisanku odesłanego na ziemie głową do góry, nie myślał jednak się poddać. Skupił swoje jogiczne moce i odesłał Trisanku na powrót do nieba. Jak łatwo się domyślić, bóg Indra nie był z tego powodu zadowolony, posłał więc Trisanku na ziemie. Tak oto wędrował biedny Trisanku z nieba na ziemię i z powrotem, wisząc cały czas na dodatek głową w dół. Nic dziwnego, że miał już tego dosyć i zdesperowany zaczął prosić Viśvamitrę, by ten dał mu już spokój i pozwolił mu wrócić do jego królestwa, poddanych, wystawnych uczt, złotych kielichów i troskliwych nałożnic.

Viśvamitra jednak się nie poddawał. W końcu na szali była cała jego reputacja. Nie mógł przecież pokazać światu, że to Vasiṣṭha miał rację i że ludzie do nieba żywcem jednak nie podróżują. Zebrał więc w sobie Viśvamitra wszystkie swoje moce, skupił się i stworzył zupełnie nowy wszechświat z nowym niebem, gdzie posłał Trisanku. Tym razem już na dobre, ale ciągle wiszącego głową w dół. Podobno Trisanku wisi tak sobie do dzisiaj w swoim prywatny niebie … do góry nogami. Spełnił swoje pragnienie. Dostał się żywcem do nieba. Nie wiadomo tylko, czy jest szczęśliwy.

Trudno powiedzieć czy Patañjali znał historię Trisanku, ale bez wątpienia wiedział, że z ciągłej pogoni za pragnieniami nic dobrego nie wynika. „Dzięki santoṣy [powstaje] nieograniczone szczęście” – pisał (saṃtoṣād anuttamaḥ sukhalābhaḥ – YS 2.42). Santoṣa zatem to trudna sztuka pełnej akceptacji dla naszego TERAZ, a więc tego, co w danej chwili nas spotyka – miejsca, sytuacji, stanu zdrowia, stanu relacji z innymi, także zaawansowania jogicznej praktyki. W przeciwieństwie do najwspanialszych przeszłych wspomnień i najbardziej wyrafinowanych marzeń to, co JEST, to jedyna istniejąca rzeczywistość. Umiejętność bezwarunkowej akceptacji dla tego, co spotyka nas TERAZ jest zatem jedyną droga do szczęścia. Jak uczy historia Trisanku, pogoń za nierealnym może skończyć się z kolei nieszczęściem, bo nawet jeśli uda się nam jakoś w cudowny sposób zamierzony cel osiągnąć, możemy skończyć jak Trisanku – sami, we własnym, postawionym na głowie, wszechświecie.